Homilia Kard. Stefana Wyszyńskiego z 22.09.1980 r. — wmurowanie kamienia węgielnego pod świątynię

PODWÓJNE BUDOWANIE DOMU BOŻEGO

[War­sza­wa, para­fia Świę­te­go Fran­cisz­ka, 22 wrze­śnia 1980]

Gdy w tej chwi­li poświę­ca­my kamień węgiel­ny pod budo­wę kościo­ła pod wezwa­niem wasze­go Patro­na – świę­te­go Fran­cisz­ka, i gdy wie­lo­krot­nie wyma­wia­my jego imię, przy­po­mi­na mi się pew­ne zda­rze­nie z roku 1957. Pod­czas moje­go poby­tu w Rzy­mie zgło­sił się do mnie nauczy­ciel z nie­wiel­kiej szko­ły w Ita­lii z gru­pą dwu­dzie­stu dzie­ci. Przy­dźwi­ga­ły one wiel­ki mozai­ko­wy krzyż, wypra­co­wa­ny przez nie w cza­sie waka­cji. Nauczy­ciel bowiem wyzna­czył dzie­ciom jako zada­nie waka­cyj­ne odtwo­rze­nie w moza­ice krzy­ża świę­te­go Fran­cisz­ka, prze­cho­wy­wa­ne­go w Asy­żu. Miał to być znak ich miło­ści i czci dla boha­ter­skiej War­sza­wy. Nie bez tru­du, dopie­ro po wie­lu latach zdo­ła­li­śmy ten krzyż przy­wieźć do War­sza­wy i prze­ka­za­li­śmy go do waszej świą­ty­ni para­fial­nej.

Jak­że nie wspo­mnieć dziś tego zda­rze­nia szcze­gól­nie wobec was, dzie­ci. Jeże­li ucznio­wie w Ita­lii poświę­ci­li waka­cje, aby odtwo­rzyć krzyż świę­te­go Fran­cisz­ka z Asy­żu, krzyż zło­żo­ny z małych kamycz­ków, to jak­że Wy, małe dzie­ci, wezwa­ne w rodzi­nie para­fial­nej do budo­wy świą­ty­ni z tych oto cegieł i mate­ria­łów budow­la­nych, nie macie naśla­do­wać dzie­ci wło­skich. Kie­dyś cała ta gru­pa ze swo­im nauczy­cie­lem przy­je­cha­ła do War­sza­wy. I wte­dy w moim ser­cu zro­dzi­ło się bole­sne uczu­cie: dzie­ci pol­skie nie mogły­by zro­bić w szko­le takie­go krzy­ża. Nie było­by to bowiem dozwo­lo­ne.

CHRYSTUS – KAMIENIEM WĘGIELNYM WSZELKIEGO BUDOWANIA

Był po roku 1957 w naszej Ojczyź­nie okres bole­sny, gdy wła­dze poli­tycz­ne zastrze­gły sobie wyłącz­ne pra­wo zezwa­la­nia na budo­wę nowych świą­tyń, tak że wła­dze admi­ni­stra­cji pań­stwo­wej nicze­go nie mogły doko­nać bez ich zgo­dy. Ile­kroć kapła­ni zwra­ca­li się o zezwo­le­nie na budo­wę nowe­go kościo­ła, odpo­wia­da­no: decy­zja ta nie zale­ży od władz admi­ni­stra­cyj­nych, tyl­ko od władz poli­tycz­nych. Wie­dzie­li­śmy, co to zna­czy. Bisku­pi pol­scy w licz­nych listach i memo­ria­łach do władz pań­stwo­wych i poli­tycz­nych zwra­ca­li uwa­gę na to, że było­by naru­sze­niem praw wol­no­ści reli­gii i wol­no­ści sumie­nia, gdy­by w Sto­li­cy naszej, w któ­rej z takim tru­dem i zapa­łem odbu­do­wa­no pra­wie 70 zbu­rzo­nych świą­tyń, nie moż­na było budo­wać nowych kościo­łów dla miesz­kań­ców wiel­kich dziel­nic, roz­wi­ja­ją­ce­go się i rosną­ce­go mia­sta.

Jed­nak­że na eta­pie minio­nych 20 nie­mal lat, do roku 1977, nie mogli­śmy zna­leźć klu­cza, któ­rym zdo­ła­no by otwo­rzyć zamknię­te na wszyst­kie spu­sty drzwi zaka­zów. Toteż gdy wresz­cie drzwi te zosta­ły otwar­te, gdy zro­zu­mia­no, że „darem­ną jest rze­czą wierz­gać prze­ciw­ko oście­nio­wi”, darem­ną jest rze­czą uśmier­cać Boga i sta­wać pomię­dzy sumie­niem oby­wa­te­li i Bogiem, ten suro­wy zakaz zaczął powo­li się roz­luź­niać. Dzi­siaj dzię­ki Bogu, a tak­że dzię­ki wysił­kom obec­ne­go tutaj Naj­do­stoj­niej­sze­go Bisku­pa Jerze­go Modze­lew­skie­go, w naszej Sto­li­cy nie­mal jed­no­cze­śnie budu­je się 14 świą­tyń, a na tere­nie archi­die­ce­zji – 35. Pan Bóg więc zwy­cię­żył. Wie­rzy­my, że zwy­cię­stwo zawdzię­cza­my Tej, któ­ra „dana jest ku obro­nie nasze­go Naro­du”, Maryi, Mat­ce Chry­stu­so­wej.

Radu­je­my się dziś, że i wasza wspól­no­ta para­fial­na, któ­ra od daw­na już zabie­ga­ła o zezwo­le­nie na budo­wę świą­ty­ni w tej roz­le­głej, wiel­kiej dziel­ni­cy miesz­ka­nio­wej, naresz­cie osią­gnę­ła swój cel. I tutaj prze­ła­ma­ły się lody i prze­szko­dy zosta­ły poko­na­ne. Pod kie­run­kiem dusz­pa­ste­rza, przy współ­pra­cy księ­ży wika­riu­szów, przy wiel­kiej życz­li­wo­ści ducho­wień­stwa deka­na­tu i całej Sto­li­cy, przy waszej ofiar­nej, mate­rial­nej i ducho­wej pomo­cy – gro­szem, ser­cem i modli­twą, dłoń­mi i na kola­nach – roz­po­czę­li­ście budo­wę świą­ty­ni, któ­ra wzra­sta w szyb­kim tem­pie.

Patrząc na wasze budo­wa­nie moż­na by jesz­cze raz odwo­łać się do daru dzie­ci wło­skich, któ­re z kamy­ków uło­ży­ły krzyż świę­te­go Fran­cisz­ka, prze­cho­wy­wa­ny dzi­siaj w waszej świą­ty­ni. Czy­ta­li­śmy przed chwi­lą, że Kamie­niem węgiel­nym wszel­kie­go budo­wa­nia jest Jezus Chry­stus. On jest tym Kamie­niem, któ­ry samo­czyn­nie ode­rwał się od wyso­kie góry, spadł na dół, i stał się fun­da­men­tem, pod­sta­wą. Ten wła­śnie Kamień, któ­ry upo­rczy­wie odrzu­ca­li budu­ją­cy. Odrzu­ca­li Go wszę­dzie: w wycho­wa­niu mło­de­go poko­le­nia, w szko­łach pod­sta­wo­wych, a nawet przed­szko­lach. Odrzu­ca­li Go w życiu spo­łecz­nym, publicz­nym i zawo­do­wym. Odrzu­ca­li Go tak upo­rczy­wie, że na reli­gię i Kościół patrzo­no jako na prze­ja­wy uwstecz­nie­nia. Odrzu­ca­li Go tak, że nie moż­na było zna­leźć w naszej Ojczyź­nie praw­dzi­we­go poko­ju dla Boga. Ukrył się On w waszych ser­cach i w świą­ty­niach.

W tej sytu­acji z pomo­cą przy­cho­dzi zawsze żywa wia­ra. Jest to prze­dziw­ny kamień wszel­kie­go budo­wa­nia w Chry­stu­sie. Żywa wia­ra całej naszej Ojczy­zny, żywa wia­ra ludu Sto­li­cy i Was, naj­mil­sze Dzie­ci Boże, któ­rzy odczu­li­ście jako naj­bo­le­śniej­sze upo­ko­rze­nie to, że nie mogli­ście budo­wać wła­snej świą­ty­ni. Jest więc słusz­ną rze­czą, aby w tej chwi­li i Wam, Dzie­ci Boże, podzię­ko­wać za wasze gorą­ce, ser­decz­ne modli­twy, jaki­mi nie­ustan­nie wspie­ra­li­ście samą myśl pod­ję­cia budo­wy świą­ty­ni. Wia­ra jest budo­wa­niem z żywych i wybra­nych kamie­ni. Nie tyl­ko małe dzie­ci wło­skie, któ­re z kamycz­ków ukła­da­ły mozai­kę krzy­ża świę­te­go Fran­cisz­ka z Asy­żu, pra­co­wa­ły nad „budo­wa­niem” Kościo­ła, ale i wasza modli­twa w świą­ty­ni, dzie­ci Boże, wasze pacior­ki, wasza wier­ność i sumien­na pra­ca na kate­chi­za­cją, poko­ny­wa­nie dale­kich odle­gło­ści, aby przy­być na służ­bę Bożą – to wszyst­ko jest budo­wa­niem.

Kościół Chry­stu­so­wy nie jest tyl­ko insty­tu­cją spo­łecz­ną. Jest wpraw­dzie w swo­im wymia­rze i zakre­sie spo­łecz­no­ścią dosko­na­łą, to zna­czy posia­da wszyst­kie czyn­ni­ki skła­do­we, nie­zbęd­ne do wypeł­nia­nia swo­je­go zada­nia, ale ponad wszyst­ko Kościół jest świę­ty, uświę­ca­ją­cy, przy­no­szą­cy radość. Słusz­nie więc dzi­siaj przy­po­mnia­ne zosta­ło woła­nie Chry­stu­sa: „Pójdź­cie do Mnie wszy­scy, któ­rzy utru­dze­ni i obcią­że­ni jeste­ście, a Ja was pokrze­pię” (Mt 11,28). Ileż to razy w naszych sta­ra­niach o roz­sze­rze­nie spo­łecz­nych praw Kościo­ła, odpo­wia­da­no nam: My wie­my, że Kościół w Pol­sce na prze­strze­ni dzie­się­ciu wie­ków żad­nej krzyw­dy Naro­do­wi nie wyrzą­dził. I w ostat­nich cza­sach w odro­dzo­nej Pol­sce też nie wyrzą­dził niko­mu zła. Tak, Kościół zawsze umac­niał, pokrze­piał, pocie­szał, jed­no­czył i uspo­ka­jał – od począt­ku aż do ostat­niej chwi­li. I cho­ciaż trud­no Wam było, ufa­li­śmy, że przede wszyst­kim na waszej żywej wie­rze – małe dzie­ci, mło­dzie­ży, mat­ki i ojco­wie, na waszej wier­no­ści w służ­bie Bożej, budu­je się Kościół Chry­stu­so­wy w Ojczyź­nie naszej.

Dla­te­go Kościół jest wła­ści­wie nie do prze­zwy­cię­że­nia. „Nie­bo i zie­mia prze­mi­ną, ale sło­wa moje nie prze­mi­ną” – mówił Chry­stus. I „darem­ną jest rze­czą wierz­gać prze­ciw­ko oście­nio­wi”. Czło­wiek ma potrze­bę łącz­no­ści z Bogiem, szu­ka Boga i dąży do Nie­go, nie tyl­ko w chwi­lach trud­nych, ale w naj­roz­ma­it­szych sytu­acjach życio­wych. Tak jak zresz­tą i Chry­stus szu­ka czło­wie­ka. Nie tyl­ko my do Nie­go idzie­my, ale i On do nas wytrwa­le, cier­pli­wie, spo­koj­nie dąży wszę­dzie, gdzie­kol­wiek jeste­śmy. Na pew­no roz­go­ścił się w ser­cach waszych, dzie­ci Boże rodzi­ny para­fial­nej pod wezwa­niem świę­te­go Fran­cisz­ka, bo Wy zosta­li­ście porwa­ni przy­kła­dem czło­wie­ka, któ­ry pło­nął miło­ścią Chry­stu­sa i odbu­do­wy­wał znisz­czo­ne kościo­ły. Nazwa­ny był „ogniem”, nazwa­ny był „sera­fic­kim”, sta­no­wi bowiem przy­kład naj­wspa­nial­szej miło­ści, jaką czło­wiek przez łaskę Bożą może mieć ku Bogu.

Kie­dyś roz­ma­wia­łem z pew­nym bar­dzo zde­cy­do­wa­nym komu­ni­stą. Powie­dział mi: O, gdy­by wszy­scy chrze­ści­ja­nie byli tacy jak świę­ty Fran­ci­szek, wte­dy wszy­scy uwie­rzy­li­by­śmy w Chry­stu­sa. Uśmiech­ną­łem się i powie­dzia­łem: Cóż panu prze­szka­dza być takim jak świę­ty Fran­ci­szek? Ale jesz­cze wspa­nial­szym wzo­rem, z któ­re­go czer­pał i ten świę­ty, jest Jezus Chry­stus, któ­ry duszę swo­ją dał za bra­ci. A prze­cież nie ma więk­szej miło­ści nad tę, gdy kto życie swo­je daje za innych ludzi.

PRZYZYWAJMY BOŻEJ POMOCY

Pola­ka prze­ży­ła wie­le męki, cier­pień i ofiar, pod­ję­ła wie­le wysił­ków i poświę­ceń, odbu­do­wu­jąc zbu­rzo­ną Sto­li­cę, mia­sta i całą Ojczy­znę. Naród, któ­ry zdo­był się na ten wiel­ki wysi­łek zasłu­gu­je na sza­cu­nek i uzna­nie, na zacho­wa­nie swo­ich praw; zasłu­gu­je na peł­ną wol­ność chrze­ści­jań­ską dzie­ci Bożych, na spo­koj­ne współ­ży­cie na tere­nie daro­wa­nej nam jesz­cze raz przez Boga, odro­dzo­nej Ojczy­zny, aby­śmy w szla­chet­nym tru­dzie mogli wypeł­nić zada­nie przy­pa­da­ją­ce nam dziś.

Jeże­li nadal jest trud­no, jeże­li powsta­ją jed­na po dru­giej nowe udrę­ki, jeśli ludzie raz po raz muszą upo­mi­nać się o swo­je pra­wa: o pra­wo do wol­no­ści zrze­sza­nia się, o pra­wo do chle­ba i pra­cy, o pra­wo do reli­gii i wycho­wa­nia reli­gij­ne­go, dzie­je się tak dla­te­go, że jesz­cze nie wszy­scy zro­zu­mie­li tę prze­dziw­ną praw­dę, że „darem­nie tru­dzą się ci, któ­rzy budu­ją dom, jeśli Pan go nie zbu­du­je”.

Przy­zy­waj­my więc Bożej pomo­cy, aby po wszyst­kich tru­dach ludzie umie­li gar­nąć się do Chry­stu­sa i usły­sze­li Jego woła­nie: „Przyjdź­cie do Mnie wszy­scy, któ­rzy utru­dze­ni i obcią­że­ni jeste­ście, a Ja was pokrze­pię. Weź­cie moje jarz­mo na sie­bie i uczcie się ode mnie, bo jestem łagod­ny i pokor­ny ser­cem, a znaj­dzie­cie uko­je­nie dla dusz waszych” (Mt 11, 28 – 29).

Czyż to nie jest wymow­ne dla nasze­go Naro­du kato­lic­kie­go, że gdy pra­cow­ni­cy stocz­ni gdań­skiej nie mogli już zna­leźć języ­ka inne­go, któ­ry by prze­ko­ny­wał ludzi, uży­li bar­dzo ryzy­kow­ne­go, bole­sne­go i kosz­tow­ne­go argu­men­tu, jakim był strajk, ale roz­po­czę­li go od Mszy Świę­tej. Pierw­szą ich tro­ską było uzy­ska­nie od bisku­pa gdań­skie­go zezwo­le­nia na Mszę Świę­tą. Posia­dam dzie­siąt­ki foto­gra­fii, przed­sta­wia­ją­cych stocz­niow­ców jak się modlą, spo­wia­da­ją, przyj­mu­ją Komu­nię Świę­tą. Czu­li, że do słusz­nej racji, któ­rą posia­da­ją, trze­ba dołą­czyć modli­twę.

Gdy tutaj, w Sto­li­cy, w hucie „War­sza­wa” wybuchł strajk popie­ra­ją­cy stocz­niow­ców, tak­że ich proś­bą pierw­szą było: przy­ślij­cie nam kapła­na, chce­my mieć Mszę Świę­tą. Lud Boży naszej Ojczy­zny rozu­mie, co zna­czą sło­wa: „bez Boga, ani do pro­ga”, „Módl się i pra­cuj” – „Bez pra­cy nie ma koła­czy”. – „Jeśli Pan nie zbu­du­je domu, darem­nie się tru­dzą ci, któ­rzy go budu­ją”.

Dla­te­go mając to wszyst­ko na uwa­dze, w dniu 26 sierp­nia na Jasnej Górze, w obli­czu Mat­ki Bożej, któ­rej tak zaufał Ojciec świę­ty, woła­łem: Dla przy­wró­ce­nia rychłe­go poko­ju w naszej Ojczyź­nie trze­ba zanie­chać wal­ki z Bogiem, trze­ba przy­wró­cić Bogu wol­ność i pra­wo do sumień i serc Pola­ków. Trze­ba przy­znać peł­ną wol­ność rodzi­nie, uznać pry­mat rodzi­ny, a w rodzi­nie pry­mat życia i jego obro­ny, trze­ba uznać eko­no­mię rodzin­ną i zadbać o zaspo­ko­je­nie potrzeb rodzi­ny. Trze­ba przy­znać Pola­kom pra­wo do zrze­sza­nia się. I wresz­cie – trze­ba zabez­pie­czyć naszą suwe­ren­ność naro­do­wą, aby Pola­cy w swo­jej ojczyź­nie czu­li się napraw­dę ludź­mi wol­ny­mi i bez­piecz­ny­mi.

Takie było woła­nie wasze­go bisku­pa na wałach jasno­gór­skich. Nie­raz to przy­po­mi­nam i powta­rzam, gdyż jestem głę­bo­ko prze­ko­na­ny, że słusz­ne jest wezwa­nie Chry­stu­sa: „Weź­cie moje jarz­mo na sie­bie i uczcie się ode Mnie, bo jestem łagod­ny i pokor­ny ser­cem, a znaj­dzie­cie uko­je­nie dla dusz waszych”.

ODPOWIEDZCIE NA CHRYSTUSOWE WEZWANIE

Wiem, że budo­wa wasza wyma­ga jesz­cze nie­ma­łe­go wysił­ku, wie­le tru­du inży­nie­rów, archi­tek­tów, pra­cow­ni­ków budow­la­nych, ale wszyst­kich Was, Naj­mil­si, mogę zapew­nić, że budu­jąc dom Boży odczu­je­cie sami praw­dzi­wość słów Chry­stu­sa: „jarz­mo moje jest słod­kie, a brze­mię lek­kie”. Dzi­siaj dzię­ki tech­ni­ce budow­la­nej budu­je się o wie­le łatwiej i szyb­ciej niż w daw­nych cza­sach. Byłem małym chło­pacz­kiem, gdy w mojej rodzin­nej wsi – w Zuze­li nad Bugiem – roz­po­czę­to budo­wę nowe­go kościo­ła. Na prze­ciw­ko była szko­ła miej­sco­wa, do któ­rej cho­dzi­łem na tak zwa­ne „prze­słu­chy”, bo jesz­cze nie mia­łem lat, aby mnie przy­ję­to do szko­ły. Pod­czas prze­rwy mię­dzy lek­cja­mi woła­no nas na plac budo­wy, aby­śmy z dale­kiej pry­zmy nosi­li cegły pod rusz­to­wa­nia, skąd pra­cow­ni­cy prze­no­si­li wyżej, pod­su­wa­jąc pod dło­nie mura­rzy. Nam nie wol­no było jesz­cze wcho­dzić na rusz­to­wa­nia. Ale pamię­tam to budo­wa­nie, ten obraz zapadł mi w duszę.

Was, Dzie­ci Kocha­ne, wzy­wa­my dzi­siaj do inne­go budo­wa­nia, byście jako żywe i wybra­ne kamie­nie Pana nasze­go Jezu­sa Chry­stu­sa, w ser­cach waszych budo­wa­li z łaski, miło­ści, modli­twy, poma­ga­jąc i uła­twia­jąc wycho­wa­nie wasze ojcu i mamie, nauczy­cie­lom i kapła­nom. To jest budo­wa­nie, do któ­re­go jeste­ście zdol­ne.

Myślę zresz­tą, że dla nas wszyst­kich, tak­że dla Was, Mło­dzie­ży i Rodzi­ce, naj­bar­dziej donio­słe jest budo­wa­nie Kościo­ła Boże­go w ser­cach. Bo wszy­scy jeste­śmy świą­ty­nią Ducha. Duch Boży miesz­ka w nas, cia­ła nasze są poświę­co­ne Bogu. Jeste­śmy wezwa­ni, a więc nosi­my i czci­my Boga w cia­łach naszych. Łączy­my to budo­wa­nie, któ­re doko­nu­je się w naszych ser­cach – przez miłość, łaski, pokój, praw­dę ewan­ge­licz­ną i ducha spra­wie­dli­wo­ści – z budo­wa­niem zewnętrz­nym. Pamię­taj­cie, aby to, co posze­rzy – jak mówi litur­gia – gra­ni­ce i wymia­ry zewnętrz­ne kościo­ła, przez waszą modli­twę, ofia­rę i poświę­ce­nie, było napeł­nio­ne ducho­wy­mi dara­mi Boży­mi.

Kapła­ni, któ­rzy budu­ją na tere­nie Sto­li­cy, mówią, że zgła­sza­ją się do nich po swej pra­cy zawo­do­wej rze­mieśl­ni­cy i inży­nie­ro­wie, tech­ni­cy, sędzio­wie i adwo­ka­ci, a nawet ofi­ce­ro­wie i pro­szą, aby im pozwo­lić przy­czy­nić się fizycz­ną pra­cą do wzno­sze­nia domu Boże­go. Taka jest War­sza­wa. Nie­daw­no byłem w Sule­jów­ku, gdzie zacny kapłan wybu­do­wał już dru­gą w swo­im życiu świą­ty­nię. Spo­tka­łem tam gro­mad­kę kil­ku­na­sto­let­nich dziew­cząt, uma­za­nych cemen­tem. Pytam: Co robi­cie? – A, my też budu­je­my. – Cóż wy może­cie robić? – Ksiądz nas nauczył zbro­je­nia róż­nych seg­men­tów budo­wy. Pro­szę zoba­czyć, jak to robi­my, jak łamie­my dru­ty i zale­wa­my cemen­tem. – Ale jakie macie ręce? – A, potem myje­my. – Takich dziew­cząt moż­na spo­tkać wie­le na budo­wach kościel­nych na tere­nie War­sza­wy. One wie­dzą, że do ducho­we­go wysił­ku modli­twy i ofia­ry trze­ba dodać jesz­cze wysi­łek fizycz­ny, jak gdy­by dla spraw­dze­nia Chry­stu­so­we­go wezwa­nia: „Przyjdź­cie do Mnie wszy­scy, któ­rzy utru­dze­ni i obcią­że­ni jeste­ście, a Ja was pokrze­pię”.

Wypo­wia­dam głę­bo­ką radość i wdzięcz­ność wobec wasze­go Księ­dza Pro­bosz­cza, że pod­jął ten wiel­ki trud i naresz­cie budo­wa ruszy­ła. Umiał zor­ga­ni­zo­wać tok pra­cy i wezwać do pomo­cy wie­lu z Was, Dzie­ci Boże. Wie­lu też znam, bo od daw­na przy­cho­dzi­li­ście do mnie, pro­sząc i pyta­jąc, co robić, aby budo­wa mogła ruszyć. Dobry Bóg pozwo­lił prze­ła­mać wszyst­kie trud­no­ści. Dziś więc Tobie, Dro­gi Księ­że Pro­bosz­czu, Wam, mło­dzi wika­riu­sze, dla któ­rych ta budo­wa będzie dosko­na­łym przy­kła­dem i szko­łą, wam wszyst­kim, dzie­ci Boże – wypo­wia­dam wyra­zy bra­ter­skiej rado­ści i wdzięcz­no­ści, że pod­ję­li­ście ten trud i na pew­no go do skut­ku dopro­wa­dzi­cie, albo­wiem jarz­mo Boże jest słod­kie, a brze­mię lek­kie.

Czym­że zakoń­czę? Chy­ba tym, od cze­go zaczął Chry­stus: „Wysła­wiam Cię, Ojcze, Panie nie­ba i zie­mi, że zakry­łeś te rze­czy przed mądry­mi i roz­trop­ny­mi, a obja­wi­łeś je malucz­kim. Tak, Ojcze, gdyż takie było Two­je upodo­ba­nie”.

Łaska Pana nasze­go Jezu­sa Chry­stu­sa niech będzie z duchem waszym, bra­cia i sio­stry. Amen.