List pasterski metropolity warszawskiego na I niedzielę Wielkiego Postu 2026

Wiel­ko­post­na pustynia

Sio­stry i Bra­cia,

bar­dzo się cie­szę, że zno­wu mogę napi­sać do Was kil­ka słów. Mam nadzie­ję, że jeste­ście w dobrym zdro­wiu, że dłu­ga, mrocz­na i męczą­ca zima nie osła­bi­ła Was zanad­to, a zbli­ża­ją­ca się powo­li wio­sna przy­nie­sie odnowienie.

Kil­ka dni temu roz­po­czął się Wiel­ki Post, któ­ry od wie­ków słu­ży Kościo­ło­wi jako czas ducho­wej odno­wy. Chciał­bym Was zapro­sić do tego, by potrak­to­wać go bar­dzo poważ­nie i bar­dzo solid­nie. Sły­sze­li­śmy przed chwi­lą w Ewan­ge­lii o Chry­stu­sie, któ­ry spę­dził na pusty­ni czter­dzie­ści dni i nocy (por. Mt 4,1n).

Dokład­nie tyle trwa Wiel­ki Post: czter­dzie­ści dni i czter­dzie­ści nocy. Naśla­du­jąc więc nasze­go Pana, wyjdź­my w tym cza­sie na pusty­nię. Nie musi­my oczy­wi­ście w tym celu opusz­czać War­sza­wy, Prusz­ko­wa, Bło­nia czy Grój­ca, nie musi­my doni­kąd wyjeż­dżać. Cho­dzi tu o pusty­nię wewnętrz­ną, na któ­rą moż­na się udać bez pako­wa­nia wali­zek i kupo­wa­nia biletu.

Jak pisał kar­dy­nał Rat­zin­ger: „Pusty­nia jest miej­scem mil­cze­nia i samot­no­ści; to odda­le­nie od spraw codzien­ne­go życia, od hała­su i powierz­chow­no­ści. Pusty­nia jest miej­scem Abso­lu­tu, miej­scem wol­no­ści, sta­wia­ją­cym czło­wie­ka w obli­czu pytań osta­tecz­nych (…), jest miej­scem łaski. Wyzbyw­szy się trosk, czło­wiek spo­ty­ka tam swe­go Stwór­cę. Wiel­kie spra­wy zaczy­na­ją się na pusty­ni, w mil­cze­niu i ubóstwie”.

Wła­śnie na taką pusty­nię Was zapra­szam. Aby się na nią udać, naj­pierw trze­ba solid­nie się zde­cy­do­wać na inne prze­ży­cie wiel­ko­post­nych dni – w więk­szym sku­pie­niu, mil­cze­niu, na modli­twie i otwar­to­ści na Sło­wo Boże.

Szcze­gól­nie zale­ży mi na tym, by w tym Wiel­kim Poście było wię­cej Sło­wa Boże­go. Obec­ny rok dusz­pa­ster­ski prze­ży­wa­my bowiem pod hasłem: „Ucznio­wie-misjo­na­rze”. Uczeń to ten, któ­ry jest otwar­ty na słu­cha­nie, na pozna­nie cze­goś, cze­go jesz­cze nie wie. Uczeń zga­dza się być popro­wa­dzo­nym do świa­ta, któ­re­go jesz­cze nie zna.

Do takie­go wewnętrz­ne­go świa­ta naszej wia­ry daj­my się więc popro­wa­dzić Panu w tym wiel­ko­post­nym cza­sie. Chry­stus, któ­ry na pusty­ni kuszo­ny jest przez dia­bła, odpo­wia­da na jego poku­sy, cytu­jąc Sło­wo Boże. Trzy­krot­nie odpo­wia­da kusi­cie­lo­wi Sło­wem, któ­re napi­sa­ne jest w Biblii. Chry­stus Pan ją zna, kocha ją i nią się kar­mi. Tam, na pusty­ni nie przyj­mo­wał pokar­mu inne­go poza pokar­mem Boże­go Sło­wa (por. Mt 4,1 – 11). Nie zachę­cam Was aż do takie­go rady­ka­li­zmu, ale bar­dzo zachę­cam do obfit­sze­go korzy­sta­nia z bogac­twa Słowa.

W Księ­dze pro­ro­ka Oze­asza czy­ta­my o nie­zwy­kłym pra­gnie­niu Pana Boga, któ­ry chce wypro­wa­dzić swą Oblu­bie­ni­cę na pusty­nię i mówić do jej ser­ca (por. Oz 2,16). Aby mówić do gło­wy, nie potrze­ba pusty­ni, ale by mówić do ser­ca, chcąc, by Sło­wo dotar­ło głę­bo­ko i by było zaczy­nem prze­mia­ny, wewnętrz­na pusty­nia jest nieodzowna.

Tak więc – po pod­ję­ciu decy­zji, by udać się na wewnętrz­ną pusty­nię – potrzeb­ne są kon­kret­ne spo­so­by, by to zro­bić. Kościół dostar­cza nam wie­le wiel­ko­post­nych oka­zji do prze­by­wa­nia ze Sło­wem Bożym. Myślę tu o reko­lek­cjach, któ­re będą mia­ły miej­sce w naszych para­fiach, o kaza­niach pasyj­nych w cza­sie Gorz­kich Żali i o kaza­niach gło­szo­nych w kościo­łach sta­cyj­nych, o medy­ta­cji Sło­wa Boże­go pod­czas nabo­żeństw Dro­gi Krzyżowej. 

Do tego wszyst­kie­go ser­decz­nie Was zapra­szam, podob­nie jak do regu­lar­ne­go, codzien­ne­go i oso­bi­ste­go spo­tka­nia z Biblią. Naj­le­piej, gdy­by­śmy w Wiel­kim Poście mogli być codzien­nie na Mszy Świę­tej. Jeśli to jed­nak z waż­nych powo­dów nie było­by moż­li­we, prze­czy­taj­my Sło­wo, któ­re Kościół pre­cy­zyj­nie wybrał na każ­dy wiel­ko­post­ny dzień, i chwi­lę nad nim pomyśl­my; a potem zadaj­my sobie pro­ste pyta­nie: w jaki spo­sób dzi­siaj mogę to Sło­wo wpro­wa­dzić w kon­kret moje­go życia – w moje rela­cje, zaan­ga­żo­wa­nia, w moje pla­ny i zamie­rze­nia, czy­li po pro­stu w moją codzien­ność. I w koń­cu spró­buj­my – może wie­czo­rem, przed snem – pomy­śleć: czy to mi się uda­ło, czy pozwo­li­łem Sło­wu we mnie działać?

W skró­cie to meto­da czte­rech „p”: prze­czy­taj, prze­myśl, podej­mij, popatrz.

„Pismo świę­te poło­żo­ne nam zosta­ło przed ocza­mi umy­słu niby zwier­cia­dło, aby prze­glą­da­ło się w nim nasze wewnętrz­ne obli­cze” – pisał wie­ki temu św. Grze­gorz Wiel­ki. „W nim – kon­ty­nu­ował – pozna­je­my to, co w nas szpet­ne i to, co w nas pięk­ne. W nim oglą­da­my, na ile postę­pu­je­my naprzód oraz jak dużo bra­ku­je nam do postę­pu. Pismo opo­wia­da bowiem o czy­nach świę­tych i pobu­dza ser­ca sła­bych do ich naśla­do­wa­nia. (…) Cza­sa­mi zaś nie tyl­ko przed­sta­wia nam ich cno­ty, lecz tak­że ogła­sza ich upad­ki, aby­śmy na pod­sta­wie zwy­cię­stwa męż­nych widzie­li, co przej­mo­wać dro­gą naśla­do­wa­nia, a na pod­sta­wie błę­dów, cze­go się oba­wiać”. Pięk­ne, mądre i jak­że aktu­al­ne słowa.

Oprócz tego, aby czas Wiel­kie­go Postu był pusty­nią, potrzeb­ny jest pewien spo­kój w orga­ni­za­cji codzien­ne­go dnia. Zachę­cam więc, by w Wiel­kim Poście uni­kać gwał­tow­nej roz­ryw­ki, udzia­łu nie tyl­ko w hucz­nych zaba­wach, ale w ogó­le w zaba­wach. Bądź­my też bar­dziej oszczęd­ni w korzy­sta­niu z mediów. Nie trze­ba poświę­cać im tyle cza­su, nie muszą tak bar­dzo anga­żo­wać naszych emo­cji i naszych ner­wów. W Wiel­kim Poście nie trze­ba pościć jedy­nie od pokar­mów. Post od ekra­nu jest rów­nie poży­tecz­ny, a dziś – w roz­ko­ły­sa­nym infor­ma­cyj­nie świe­cie – jest tym bar­dziej naglący.

Bra­cia i Sio­stry

w tym wiel­ko­post­nym liście chciał­bym Was tak­że ser­decz­nie zachę­cić do zaan­ga­żo­wa­nia w zbli­ża­ją­cy się V Synod Archi­die­ce­zji War­szaw­skiej. For­mal­nie roz­pocz­nie się za kil­ka mie­się­cy, już teraz jed­nak zapra­szam do udzia­łu w spo­tka­niach przed­sy­no­dal­nych, któ­re zapla­no­wa­li­śmy na naj­bliż­sze mie­sią­ce. Cho­dzi o to, by spo­koj­nie – w para­fiach i wspól­no­tach poza – i ponad­pa­ra­fial­nych – poroz­ma­wiać o naszym lokal­nym Koście­le. Zadaj­my sobie pro­ste pyta­nie: co jest w nim dobre, a zatem wyma­ga umoc­nie­nia i kon­ty­nu­owa­nia, a co potrze­bu­je jakiejś zmia­ny? Szcze­gó­ły przed­sta­wią Wam Wasi duszpasterze.

Wej­ście w ten przed­sy­no­dal­ny, a potem syno­dal­ny pro­ces wyma­ga pię­cio­krot­nej odwagi. 

Naj­pierw potrzeb­na jest odwa­ga oso­bi­ste­go roze­zna­nia. Wyma­ga ona, by każ­dy – czy to dusz­pa­sterz, lider, para­fia­nin, czy czło­nek reli­gij­nej wspól­no­ty – zatrzy­mał się przed Bogiem i pod­dał swój spo­sób myśle­nia osą­do­wi Ewan­ge­lii. W świe­cie, w któ­rym decy­zje czę­sto podej­mu­je się na pod­sta­wie efek­tyw­no­ści, lojal­no­ści śro­do­wi­sko­wej czy pre­sji zewnętrz­nej, trze­ba uczyć się nasłu­chi­wać w ciszy wewnętrz­nych poru­szeń. Potrze­ba tu otwar­to­ści na dzia­ła­nie Ducha. To może ozna­czać koniecz­ność rezy­gna­cji z wła­snych wizji, wygo­dy czy interesu. 

Potem potrzeb­na jest odwa­ga mówie­nia. Cho­dzi o cno­tę praw­do­mów­no­ści zako­rze­nio­nej w miło­ści do Kościo­ła. Czę­sto wypo­wie­dze­nie wła­sne­go zda­nia we wspól­no­cie może się wią­zać z lękiem przed nie­zro­zu­mie­niem, zlek­ce­wa­że­niem, odrzu­ce­niem czy błę­dem. Trze­ba się z tym lękiem zmie­rzyć, rezy­gnu­jąc jed­no­cze­śnie z posta­wy rosz­cze­nio­wej czy agre­syw­nej. Osta­tecz­nie cho­dzi o pyta­nie: czy nie prze­mil­czam rze­czy, któ­re powin­ny być wypo­wie­dzia­ne, a to co mówię, czy mówię z miło­ści do wspólnoty?

Jesz­cze trud­niej­sza jest odwa­ga słu­cha­nia, ponie­waż ozna­cza ona nie tyl­ko mil­cze­nie, ale rezy­gna­cję z inter­pre­to­wa­nia myśli dru­gie­go, zanim ten skoń­czy mówić. Słu­cha­nie syno­dal­ne wyma­ga powstrzy­ma­nia osą­du, doma­ga się cier­pli­wo­ści i poko­ry. W pro­ce­sach syno­dal­nych – na pozio­mie para­fii, die­ce­zji czy całe­go Kościo­ła – praw­dzi­we słu­cha­nie, zwłasz­cza tego, kto myśli ina­czej, kto przy­no­si trud­ne świa­dec­two lub kry­ty­kę, jest aktem wia­ry, że Duch Świę­ty dzia­ła rów­nież przez „naj­mniej­szych”, czy­li tak­że przez tych, z któ­ry­mi się nie zga­dzam lub z któ­ry­mi jestem w kon­flik­cie. W struk­tu­rach Kościo­ła powin­no się to obja­wiać w goto­wo­ści do poważ­ne­go potrak­to­wa­nia gło­su świec­kich, kobiet, mło­dzie­ży czy osób sto­ją­cych na marginesie.

Z kolei odwa­ga rozu­mie­nia wyma­ga cier­pli­we­go i pokor­ne­go wcho­dze­nia w spo­sób myśle­nia innych, a więc prze­kra­cza­nia wła­snych sche­ma­tów, uprze­dzeń czy teo­lo­gicz­nych uprosz­czeń. To wyma­ga ducho­wej prze­mia­ny: uzna­nia, że nie wszyst­ko jesz­cze wiem i że moje rozu­mie­nie spra­wy – jeśli nie przyj­mę gło­su dru­gie­go – może być nie­peł­ne. Aby tak postę­po­wać, potrze­ba pra­cy nad poko­rą, rezy­gna­cji z kon­tro­li i domi­na­cji nad inter­pre­ta­cją rze­czy­wi­sto­ści. Bez tego nie jest moż­li­we wza­jem­ne zro­zu­mie­nie, a pro­ces syno­dal­ny może się zamie­nić w spór, w któ­rym każ­dy szu­ka jedy­nie potwier­dze­nia swo­ich racji.

Na koń­cu tej dro­gi jest odwa­ga zmia­ny, może naj­trud­niej­sza ze wszyst­kich, bo doty­ka­ją­ca nie tyl­ko struk­tur zewnętrz­nych, ale tak­że przy­zwy­cza­jeń czy prze­ko­nań czło­wie­ka zaan­ga­żo­wa­ne­go w życie Kościo­ła. To zgo­da na zmia­nę decy­zji, sty­lu dzia­ła­nia, prio­ry­te­tów dusz­pa­ster­skich, a cza­sem nawet na uzna­nie swe­go wcze­śniej­sze­go błę­du. Jest ona wyra­zem syno­dal­nej meta­noi. Syno­dal­ność nie jest moż­li­wa bez ludzi, któ­rzy goto­wi są zosta­wić to, co zna­jo­me i bez­piecz­ne, jeśli roze­zna­ją, że Duch Świę­ty pro­wa­dzi ich ku nowemu. 

Bra­cia i Sio­stry,

bar­dzo Was pro­szę o zaan­ga­żo­wa­nie w ten przed­sy­no­dal­ny, a następ­nie syno­dal­ny pro­ces. Zrób­my to z miło­ści do nasze­go war­szaw­skie­go Kościoła.

Z całe­go ser­ca życzę Wam, aby ten Wiel­ki Post był napraw­dę wiel­ki. Nie bój­my się pusty­ni, bój­my się życia poło­wicz­ne­go, powierz­chow­ne­go, bla­de­go i byle jakiego.

Na koniec módl­my się sło­wa­mi pięk­nej i zna­nej modlitwy:

„Duszo Chry­stu­so­wa, uświęć mnie.
Cia­ło Chry­stu­so­we, zbaw mnie.
Krwi Chry­stu­so­wa, napój mnie.
Wodo z boku Chry­stu­so­we­go, obmyj mnie.
Męko Chry­stu­so­wa, wzmoc­nij mnie.
O, dobry Jezu, wysłu­chaj mnie.
W ranach Two­ich ukryj mnie.
Nie daj mi z Tobą roz­łą­czyć się.

Od złe­go wro­ga obroń mnie.
W godzi­nę śmier­ci wezwij mnie.
I każ mi przyjść do siebie,

abym z świę­ty­mi Twy­mi chwa­lił Cię,

na wie­ki wie­ków. Amen”.

 

Z modli­twą, bło­go­sła­wień­stwem i miło­ścią w Chrystusie,

Wasz Biskup, Adrian.